Malarstwo nie jest najważniejsze

Malarstwo nie jest najważniejsze. Ważniejszy jest obiad na czas, przypalony naleśnik, przegotowane szparagi, rachunek za prąd, odrobiona lekcja z polskiego z najmłodszą pociechą, terminy, terminy na wczoraj. Taka babska zwyczajna pospolitość, która skrzeczy codziennością jak ropucha z bagien.

Kogutom jest łatwiej. Czerwony grzebień na głowie widoczny jest z daleka. Mogą wymyślać nowe kierunki w sztuce, zaszaleć artystycznie na całego. Swój kawałek podłogi mają już wysprzątany. Dla kobiet domowych, a szczególnie kobiet parających się malarstwem, dotarcie do sztalugi, wyciśnięcie koloru na paletę marzeń jest świętem. Odlatują wtedy na białych skrzydłach z zatłoczonego miasta, lecą wysoko ponad zmrówczonymi codziennością, podobnymi do siebie domami i lądują tam, gdzie widać chmury i horyzont. Najlepiej nad morzem.

Kiedy patrzę na leciutki jak piórko obraz Beaty z dziewczynką wpatrzoną w fale, słyszę ich szum i krzyki mew latających nad jej głową. Czuję wiatr i ogromny słup powietrza nade mną. Morze nigdy nie jest takie same. Czasami nie widać, gdzie się kończy horyzont, czasami przestrzeń jest tak przezroczysta, że aż bolą oczy. Przed burzą morze ma stalowy kolor, jest ponure i potrafi zepsuć dobry nastrój. Upał z plaży potrafi zrobić zaludnioną patelnię.

Kiedy z morza wschodzi słońce, stajesz się taki maleńki. Na chwilę zapominasz o kłopotach, potem o rodzinie, płci i ojczyźnie. Kolorowy cud sprawia, że jesteś tylko malutką iskierką we wszechświecie. Potem powoli się budzisz i wracasz do siebie. Beata przypomina sobie, że ma dzieci, że plener się kończy za dwa dni, że stuknęła jej …….dziesiątka.

Piszę to, żeby uzmysłowić sobie i Wam, że te obrazy, tak kruche i delikatne, są zapisem nastroju i chwili, czyli klasycznej francuskiej impresji. Autorka maluje intuicyjnie. To intuicja, którą nie wszyscy posiadają w nadmiarze, a koguty – prawie wcale. Nie sili się na dokładność. Chmury są postrzępione i chropowate. Mewy – ledwo czytelne, ale za to morze ma taki kolor, jaki ma naprawdę. Stan morza – 4 stopnie Beauforta. Skąd to wiem? Mieszkam 100 km od morza i to na ulicy Wilków Morskich.

Zresztą, byłem wtedy, gdy malowała ten obraz. Szedłem zamyślony prawie pustą plażą. Z tyłu szedł pies z Głosem Wybrzeża w pysku. Dzieci grały w piłę nożną. I wtedy to, w letni dzień zauważyłem przed sobą postać, przypominającą Nike z Samotraki z tą różnicą, że wiatr wiał nie z przodu, ale z tyłu, interesująco drapując fałdy falującej na wietrze sukni. Na sztaludze, bujającej się od wiatru, kołysał się właśnie ten obraz. Przez rozpuszczone na wietrze włosy prawie nie widziałem twarzy artystki. Tylko przez moment zauważyłem, że się do siebie uśmiecha tak, jakby nie obchodziło ją nic dookoła, poza zaczarowanym prostokątem.

Zazdroszczę malarzom takim jak Beata, że potrafią malować w plenerze. Ja, jako najstarsze dziecko Photoshopa, robię fotografię chwili i w domu, przy dobrym bluesie, tylko ją odtwarzam. W Amsterdamie, kilometr od Rijksmuseum, jest muzeum, gdzie na ścianach wiszą obrazy malarza, sprawiające wrażenie, że zostały namalowane przed chwilą. Na niektórych jest tyle słońca i zachwytu pejzażem, że zazdrościsz mu tego twórczego serducha i uśmiechu podczas tworzenia. Nie wierzcie, że Vincent był chorym psychicznie nieudacznikiem i człowiekiem całkowicie nieszczęśliwym. Znał perfekcyjnie cztery języki. W listach do brata jest całkowicie pewny swojego prekursorstwa w sztuce. Zamalował się po prostu na śmierć, bo lubił to ponad wszystko.

Obrazy Beaty z cyklu „W stronę morza” też wyglądają, jakby namalowano je przed chwilą. Tak, jakby farba jeszcze nie zdążyła wyschnąć. Czasami w pejzażu pojawiają się postacie. Nie pokazują nam swoich twarzy, jakby nie chciały odwracać naszej uwagi od ważniejszej opowieści o spotkaniu morza i plaży. To byłaby przecież inna bajka. Uwagę przykuwa, widoczna w paru obrazach, dziewczynka wpatrująca się w morze. Jest w tym jakaś prosta liryka i delikatność.

Niektóre panie od pędzla obrażają się, gdy koguty określają ich malarstwo jako kobiece. Myślę, że facetom chodzi o to, że nie przystoi im się wzruszać i obowiązkowo trzymają pewien fason macho-artychy, z pozoru tylko odpornego na zwykłe wzruszenie i delikatność. Dziewczynka, może pierwszy raz patrząca przed siebie na bezkres wody, dla niektórych może być banałem, dla innych – wspomnieniem lata, a dla Beaty – pewnie osobistym tematem, który chce zatrzymać na dłużej… W pamięci i na zamalowanym płótnie.

Obrazy te nie docierają do wszystkich, tylko do wybranych wrażliwców. W dobie globalizacji, gdzie klikając w klawiaturę internetu, możesz zobaczyć sztukę Aborygenów i sale wystawowe Biennale w Wenecji, stajemy przed wyborem. Jeśli się ścigamy w sztuce, szukamy czegoś nowego, czegoś, czego będziemy zazdrościli autorowi. Jeśli się nie ścigamy, szukamy czegoś dla siebie.

W tej maszynce do mięsa, gdzie artyści na szalę sławy rzucają swoje wynaturzenia, obrażają wszelkie tabu, aby trafić na szklany ekran, tudzież na listy rankingowe, jest jakieś niezdrowe szaleństwo. Wrażliwego konesera sztuki zastępuje snob, poruszający się w coraz ciaśniejszej niszowej przestrzeni, starający się nam narzucić wartości, o których decyduje cena rynkowa, a nie wartość artystyczna.

Ja czasami wysiadam z tego pociągu i lubię pospacerować sobie nad morzem, gdzie powietrze jest czyste i zdrowe. Lubię patrzeć na malarstwo bez zakłamania, nienapinające się jak niespełniony bufon, malarstwo opisujące normalne życie. Obrazy Beaty zachwycają mnie pięknem i codziennością. Jest w nich jakaś nie infantylna szczerość, której brakuje mi na co dzień, nie tylko w sztuce.

Jest jeszcze jedna cecha charakteryzująca tę twórczość. To prostota i oszczędność środków wypowiedzi. Obrazy z cyklu „Horyzont” zbudowane są w bardzo prosty i przejrzysty sposób. Linia horyzontu dzieli obraz na dwie różne części: niebo i ziemię. Trzeba tylko zachwycić widza przestrzenią chmur i pejzażu. Wciągnąć go do środka. Sprawić, że na tej małej przestrzeni obrazu mieści się ogromna przestrzeń realnego, nasyconego kolorami świata. Żeby to osiągnąć, trzeba mieć skrzydła i oglądać to wszystko, szybując wysoko. Potem to już prosta sprawa. Wyobraźnia plus zachwyt, ręka plus pędzel, farba plus obraz. Przepis jak z książki kucharskiej, z tą tylko różnicą, że każdy artysta potrafi to zrobić inaczej. Czasami najtrudniej jest stworzyć rzeczy najprościej, bez zbędnych ozdobników i barokowego przegadania. Dać przestrzeń wyobraźni, ukierunkować czyjeś odczuwanie piękna, nie narzucać się nachalnie własnym cudaczeniem.

Obrazy Beaty są jakby zawieszone w czasie. Autorka sama wybiera, w którym momencie ma przerwać malowanie. Obraz jest po to, by wisiał na ścianie i chciałoby się do niego wracać jak do dobrego kumpla, odkrywając w nim coś niedopowiedzianego w poprzednim spotkaniu. Obraz to nie plakat, gdzie ważne jest przesłanie odkryte na pierwszy rzut oka, puenta, po której mamy prawo zapomnieć o nim. Malarstwo to profesja dla czarodziejek.

Ale czarodziejki żyją przecież wśród ludzi. Robią zakupy w „Biedronkach”, oglądają programy kulinarne, plotkują w najlepsze nie tylko o sztuce, cieszą się, że wszystkim smakował obiad, mają swoje babskie problemy. Obrazy z cyklu „Rozmowa” tylko z pozoru są inne od pozostałych. Jest tu ta sama prostota, mówienie bez zbędnych upiększeń, ta sama malarska łapa. Może są tylko bardziej przyziemne.

Rozmowa to zapis codzienności. Coraz mniej rozmawiamy ze sobą. Telefony choćby najbardziej wypasione, portale społecznościowe i inne udogodnienia nie zastąpią rozmowy przy stole. Nie zastąpią bliskości kochających się osób. Talerze, łyżki i widelce czekają na nas. Czerwona szklanka kawy kryje w sobie tajemnicę spotkania. Rozbity talerz ma swoją historię. Rzeczy powszednie, rzeczy przyziemne, rzeczy użyteczne, maleńki czar chleba naszego powszedniego. Obrazy można układać obok siebie, tworząc nową narrację. Mogą też być samotne jakby czekały na spotkanie z kimś bliskim, a może dobrze im w samotności.

Tak ja to odbieram. Co nam chciała powiedzieć Beata, jest jej tajemnicą. Czasami nie należy wszystkiego wiedzieć do końca.

Prof. Leszek Żebrowski
Szczecin, 2015

Beata Będkowska

Fascynująca twórczość malarska Beaty Będkowskiej przypomina, że sztuka wielkich odradza się w kolejnych pokoleniach, że podtrzymywanie tradycji malarskiego centrum nie kończy się ze śmiercią wielkich mistrzów. Znająca z autopsji malarstwo Włoch i Hiszpanii, młoda malarka z Chorzowa, po studiach w Krakowie, wstępuje odważnie po stopniach kariery.

Empatycznie rozumiem ten szalony realizm rozpędzonego pędzla. To dla mnie jest rozmarzone rzucenie pytania o sens naszej egzystencji, głos ściszony wielkiego krzyku.

Beata Będkowska to jednak romantyczka poszukująca krańcowej ekspresji, poszukująca pozornej całkowicie swobody, przy jednocześnie niemalże skrywanej duszy realistki.

W swoich płótnach maluje siebie, zapatrzona w morski czarny horyzont, wśród wrzasku mew, wypłakuje swój niepokój serca. Obrazy realizowane jakby w rozpaczy, przez łzy, rozdrapując rany jak rozdrapuje fakturę swoich obrazów. Ale pesymizm ustępuje cichej nostalgii, zachwyt nad pieniącą się falą przeważa i tęsknota za utraconym Edenem daje temu malarstwu ciepło i zwiastuje spokój.

Malarka operuje barwami oszczędnymi ale tak doskonale zestawionymi, podpatrzonymi trafnie z natury, że pomimo nonszalanckiego niszczenia, zaprzeczenia łatwej realności świata, wszystko jest świetnie trafione. Przestrzenie w jej obrazach, niczym jej ptaki są obdarzone witalnym życiem.

Jestem pod dużym urokiem tej twórczości i będę oczekiwał dalszego ciągu.

Prof. Czesław Tumielewicz
Gdańsk 2015


Wielki błękit na obrazach Beaty Będkowskiej

makieta WERNISAZ


„Jak w życiu”

Czy malarstwo to część życia? – w ujęciu encyklopedycznym tak.
Czy jest życiem? – są tacy, którzy to mogą
potwierdzić. Ich nazwiska są powszechnie znane. Zwykle bardziej niż dzieła, na których wyrosły. Picasso, Dali, Van Gogh – ich legenda przysłoniła potrzebę obcowania z codziennym źródłem estetycznych i duchowych przeżyć jakim jest kontakt z malarstwem. Internet sprawia, że mogąc wywołać sobie Guernicę ruchem palca, nie potrzebujemy niczego już co jest mniej znane, mniej prestiżowe, a szczególnie tańsze. To przekonanie, płynie z braku wrażliwości ducha i otępienia umysłu, pogłębianego przez globalistyczną propagandę.
Ta filozofia chytrego parweniusza zubaża nasz umysł o możność wymiany myśli z artystą – bliźnim. Artystą, którego nasze wzdęte ego nie pozwala wystarczająco docenić. Przecież my, nasz palec, nasz klawisz pozwala wierzyć, że rozmawiamy z Picassem na cóż więc truć sobie głowę jakimś młodym twórcą, nie widywanym w TVP-Kultura ani nawet w Polsacie. Po co przejmować zakres wrażliwości drugiego człowieka skoro potrafimy bez tego zarobić, na co zatem ta sztuka? „Ludziom-kieszeniom” jej istnienie wydać się może podejrzane a wręcz nieopłacalne. Zapominamy, że sztuka w mediach nie istnieje. Ona żyje wśród nas i tylko jej codzienne tętno, bezpośredni dotyk pozwalają pojąć jej sens.

Gdy zobaczyłem obrazy Beaty Będkowskiej w Internecie nie mogłem w pełni odczuć cichego kobiecego szeptu, który z nich dobiega. Delikatnego, skromnego i pełnego intymnego wdzięku. Dopiero oglądane w mieszkaniu malarki, odsłaniają swoją prawdziwą tożsamość. Opowiadając o stanach duszy w różnych klimatach, różnych porach dnia nie używają wielkich słów, patetycznych sformułowań. Prace młodej malarki nie puszą się rozwiązaniami zapewniającymi szum mediów. Bliższy im wydaje się szum cykad. Szok czy skandal – gwarantujące wysoką oglądalność w krótkim czasie są obce ich autorce. Obrazy Beaty nie są „jak w telewizji”. Są jak w życiu. W cichej rozmowie o rzeczach powszednich, przekonują iż mogą być one niezwykłe, podczas gdy niezwykłości powszednieją… Dopiero dotyk farby i ślad pędzla uświadamia nam rolę malarstwa w zwykłym, codziennym bytowaniu. Jak może je rozświetlać i jak pomóc w znoszeniu samotności. Samotności w pustce pełnego supermarketu.

Piotr Szmitke

 

 


 

 

Świeży powiew ze Śląska

W krakowskim Pałacu Sztuki zakończyła się ekspozycja malarstwa Beaty Będkowskiej – artystki  z Chorzowa, chociaż sercem krakowiance.  Studiowała na Wydziale Grafiki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, uzyskując dyplom w 2000 roku. Za swojego mentora uznaje profesora Stanisława Batrucha. Była też stypendystką Ecole de Beaux Artes w Tuluzie i Escuela Superior de Diseño Grafico „Elisava” w Barcelonie.
Artystka tworzy cykle prac powiązane formalnie i kolorystycznie oraz pojedyncze obrazy stanowiące dla nich kontrapunkt. Maluje przy użyciu farb akrylowych – stosunkowo młodej i trudnej techniki, znanej głównie dzięki artystom pop-artu Andy’emu Warholowi i Jacksonowi Pollockowi. Prace Beaty Będkowskiej eksponowane były dotychczas na kilkunastu wystawach indywidualnych i zbiorowych.
W sztuce jak w życiu dominują dwie tendencje. Poruszenie i ekspresja stają na przeciw spokoju i wyciszenia. Trwa nieustanne starcie tonacji ciemnych i jasnych, zimnych i ciepłych. Kolorów nasyconych i pastelowych.
Niektórzy artyści walczą, manifestują i zmieniają świat; inni pochylają się z czułością nad jego urodą, ukazując to co zmysłowe, lekkie i cenne. Do tej drugiej grupy można zaliczyć Beatę Będkowską. Jej zwiewne, sensualistyczne pejzaże zachwycają przestrzenią, kolorystyką i spokojem wypływającym ze sposobu ujęcia tematu. Wprawiają w zamyślenie, któremu jednak zawsze towarzyszy dobry nastrój.
Artystka jest młodą i pełną życia kobietą, otoczoną gronem rodziny i przyjaciół, którzy licznie przybyli na wernisaż. Jednak kolejny z wystawianych cyklów, jaki możemy zobaczyć na wystawie dowodzi, że nieobce są jej refleksje nad codziennością i przemijaniem. To oszczędne w formie martwe natury. Są pełne niedopowiedzeń i opatrzone pobudzającymi do analizy tytułami. Dopełnieniem są mniej liczne, lecz intrygujące obrazy o tematyce abstrakcyjnej.

W katalogu wystawy profesor Stanisław Batruch napisał o artystce: Określając ją nasuwa mi się na myśl słowo „cicha”. W pełni jednak można mieć przekonanie, że o Jej malarstwie cicho nie będzie!

Piotr Wojnarowski

 


 

Ślady codzienności. Wystawa malarstwa Beaty Będkowskiej

W życiu codziennym zdominowanym przez pośpiech, ciągle uciekający czas i natłok obowiązków, rzadko zwraca się uwagę na świat wokół nas. Trudno jest uchwycić piękno unikatowej chwili, dogonić pędzące myśli, czy zatrzymać się na moment i zanurzyć się w refleksji. Udaje się to jednak Beacie Będkowskiej – artystce, którą inspiruje życie, ludzie, czasem ulotne sytuacje, a czasem uczucia. Jak przekłada się to na jej  prace, można dowiedzieć się podczas wizyty w Dolnym Pałacu Sztuki, gdzie trwa wystawa Beata Będkowska. Malarstwo.

Ekspozycja prezentuje cykle obrazów. Artystka powiedziała kiedyś, że one mówią o nas samych, czyli o człowieku – o tym, kim jesteśmy, czego szukamy w życiu (1). Pierwsza sala pozwala na moment przenieść się w nadmorskie tereny. Jedna z prac pochodząca z cyklu W stronę morza VI ukazuje małą sylwetkę człowieka, stojącego samotnie w obliczu bezkresnej przestrzeni, twarzą w twarz z nieprzewidywalną siłą natury. Spokój płynący z tego dzieła sprawia, że jego odbiór staje się bardziej osobisty – pobudza do rozmyślań nad wnętrzem człowieka, jego odczuciami, celem życia. Z tego samego cyklu pochodzi obraz, który w niezwykle subtelny sposób ujmuje delikatność kobiety. Jej nagie plecy modelowane są przez cienie prześwitujące spod warstwy jasnej farby. Kolorystyka złożona z błękitu, brązu i bieli przywodzi na myśl Baletnice francuskiego malarza – Edgara Degas. Z ulotnymi wspomnieniami kojarzą się Port Arietta I czy Gdzieś daleko, daleko… III, które przybrały charakter impresyjnych szkiców uwieczniających kiedyś widziane widoki.

Z kolei o człowieku osadzonym w miejskich realiach, w „zabieganej” rzeczywistości opowiada cykl AtoMY, który zwraca uwagę na zachowania ludzkie i różnego rodzaju zajęcia codzienne. Sylwetki ludzi osadzone w jednolitej przestrzeni są do siebie bardzo podobne, niemalże identyczne. Ich odmienność ogranicza się jedynie do koloru ubrania, czy wykonywanej czynności. Obrazy pozostawiają odbiorców z pytaniem o to, do czego dążymy, jakie jest nasze miejsce w świecie? Gdzie zmierzamy? Jaki jest cel wędrówki, którą jest samo życie? Wszystkie postacie – mimo że stanowią część jednej kompozycji – są odosobnione. Nie zachodzą między nimi bliższe relacje.
Artystka jednak pokazuje też bardziej osobistą sferę życia i kontaktów z innymi. W odniesieniu do tego szczególną uwagę zwraca kompozycja Skrawki dnia III składająca się z trzech różnych części. Na pierwszej z nich widać filiżankę kawy i odbicie porannej gazety, na kolejnej łyżeczkę, a na ostatniej kopertę. Przez całą powierzchnię dzieła przeplatają się wiązki liter i cyfr wyrwanych z codziennych rozmów albo myśli. Przy pomocy prostych przedmiotów i znaków artystce udało się oddać charakter relacji międzyludzkich, budowanych najczęściej właśnie przez rozmowę, korespondencję albo wspólne spotkania.

W twórczości Beaty Będkowskiej swoje wyjątkowe miejsce ma kobieta. Cykl Siesta wypełniony ciepłą kolorystyką krajów południowych przedstawia kobiece sylwetki, czasem stojące w pobliżu sznura z rozwieszonym, białym praniem, a czasem przed oświetlonymi słońcem domami. Prace artystki ukazują kobiety w melancholijnym nastroju, w zamyśleniu, smutku jak w dziele pt. W ogrodzie lub przedstawiają je w obliczu natury jak we wspomnianej wcześniej grupie W stronę morza.

Twórczość Beaty Będkowskiej niesie ze sobą wiele znaczeń, a o tym jak ją rozumiemy i co w niej odnajdujemy, decydujemy my sami. Artystka  sama często powtarza, że interpretacje pozostawia odbiorcom, bo każdy ma osobiste doświadczenia, przeżycia i odczucia. Co można powiedzieć o jej malarstwie? Prof. Stanisław Batruch na wernisażu wystawy określił je jako pełne zadumy i spokoju nad tym, jakie jest życie, resztę wypełnia powietrze – przestrzeń w której znajduje się człowiek.

 

Patrycja Nikiel


Na spękanych oknach gromadzi się mgła. Beata Będkowska.

Kiedy się obudziłem, słońce było już purpurowe; przeżyłem wówczas coś przedziwnego, jedyną tego rodzaju chwilę w życiu,
w której nie wiedziałem kim jestem – byłem z dala od domu w nieznanym mi pokoju taniego hoteliku.

|Jack Kerouack|

Malarstwo Beaty Będkowskiej bez dwóch zdań…
1…
2…
…należy do najciekawszych i najbardziej poruszających gatunków uprawianej współcześnie sztuki. Należy do pewnej tendencji, skrajnie romantycznej, która w swojej wymowie kultywuje (d)efekty codzienności. Jest trochę jak poranne słońce, które rozpływa się na waniliowym niebie, a które w napływie dziwnej melancholi, mamy ochotę nabierać łyżeczką, brać do ust i rozkoszować się tą chwilą słodyczy jeszcze przez długi czas. Malarstwo to naiwnie może wydawać się łatwe – cykl – W stronę morza – przypomina roztarty obraz rysowany palcem na plaży, pełen fantazji, który teraz pewnie jest ostoją bursztynu lub wodorostów przyniesionych przez morze. Mamy przed sobą nietypową pocztówkę z wakacji, postaci przemierzających opustoszałe plaże, na których mewy odgrywają swoje teatralne role, gdy zimne podłoże w listopadzie odbiera większości chęć na wojaże. Obrazy te są trochę marzeniem osoby, która w taki wieczór musi dłużej zostać w pracy, przelewając się przez sterty dokumentów. Barwy używane przez artystkę – błękity, szarości, biele i brązy, są oddalone od siatkówki oka jakąś dziwną mgłę i chyba w tym tkwi ich siła. Są one trochę wypalone, jak muszelki znajdowane w listopadzie nad morzem – pełne niedomówień, przypominają bardziej mleczaki sześciolatka schowane pod poduszką niż skarby łapczywe zbierane w letnim sezonie.

Beata Będkowska podjęła się niełatwego tematu. Biorąc na warsztat morskie pejzaże, szybko mogła zapędzić się w kozi róg, gdyż mam wrażenie, że ta tematyka uważana jest obecnie za zbyt obscesową i kojarzona jest z tanimi pejzażystami wciskającymi swoje wątpliwe jakości dzieła niepewnym swego turystom w nadmorskich budkach. Na szczęście malarski kunszt artystki widać gołym okiem. Melancholia zapisana na kartach jej dzieł, pulchny, choć niepewny ruch pędzla, światło przelewające się przez chmury, bardzo przypominają mi malarstwo Williama Turnera. To rozedrganie towarzszące tym małym fiszkom znad morza, napawa mnie dziwnym rodzajem smutku, który zaznaję włócząc się samotnie po zapomnianych wsiach zimą, których jedynym gościem (oczywiście poza mną) jest świstający wiatr. Obrazy te wypracowały chyba z tym wiatrem wspólny mianownik. Swój przeszywający chłód, niosący deszcz i niskie ciśnienie, mogą okazać się zbawieniem dla astmatyka, spragnionego przesiąkniętego jodem powietrza. Jestem jednym z nich. W swoim hoteliku bez klimatyzacji, przed ekranem brzęcącego komputera wyobrażam sobie ptaki, które odgrywają mi nad głową szaloną, lecz cichą pantomimę.

Szymon Bochniarz